Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Czesław Miłosz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Czesław Miłosz. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 28 sierpnia 2014

PIOSENKA O KOŃCU ŚWIATA                  Czesław Miłosz




W dzień końca świata
Pszczoła krąży nad kwiatem nasturcji,
Rybak naprawia błyszczącą sieć.
Skaczą w morzu wesołe delfiny,
Młode wróble czepiają się rynny
I wąż ma złotą skórę, jak powinien mieć.

W dzień końca świata
Kobiety idą polem pod parasolkami,
Pijak zasypia na brzegu trawnika,
Nawołują na ulicy sprzedawcy warzywa
I łódka z żółtym żaglem do wyspy podpływa,
Dźwięk skrzypiec w powietrzu trwa
I noc gwiaździstą odmyka.

A którzy czekali błyskawic i gromów,
Są zawiedzeni.
A którzy czekali znaków i archanielskich trąb,
Nie wierzą, że staje się już.
Dopóki słońce i księżyc są w górze,
Dopóki trzmiel nawiedza różę,
Dopóki dzieci różowe się rodzą,
Nikt nie wierzy, że staje się już.

Tylko siwy staruszek, który byłby prorokiem,
Ale nie jest prorokiem, bo ma inne zajęcie,
Powiada przewiązując pomidory:
Innego końca świata nie będzie,
Innego końca świata nie będzie.






niedziela, 30 czerwca 2013



Który skrzywdziłeś                    Czesław Miłosz




Który skrzywdziłeś człowieka prostego 

Śmiechem nad krzywdą jego wybuchając, 
Gromadę błaznów koło siebie mając 
Na pomieszanie dobrego i złego, 
Choćby przed tobą wszyscy się kłonili 
Cnotę i mądrość tobie przypisując, 
Złote medale na twoją cześć kując, 
Radzi że jeszcze dzień jeden przeżyli, 
Nie bądź bezpieczny. 
Poeta pamięta. 
Możesz go zabić - narodzi się nowy. 
Spisane będą czyny i rozmowy. 
Lepszy dla ciebie byłby świat zimowy 
I sznur i gałąź pod ciężarem zgięta.

wtorek, 11 czerwca 2013



PIOSENKA                   Miłosz Czesław





Jakakolwiek jest boleść, będzie więcej boleści.
Noc jest czarna ale będzie czarniejsza.
Dobrze takim co żyli ale w porę odeszli.
Ty więc nie bierz spraw ludzkich do serca.

Los był prosty ale będzie krzywy.
Czysta woda zostanie zatruta.
Kto jest mądry będzie nieszczęśliwy,
A głupiemu szczęście jest pokutą.

Gwiazda przejdzie i zaraz przeminie.
Na czekaniu puste lata zbiegną.
Co upadło zetleje w ruinie.
I goryczą będzie ziemskie piękno.


















.

czwartek, 16 maja 2013


Gdybym nie posiadł    Czesław Miłosz



Gdybym nie posiadł obszernej wiedzy o tym, co
nazywa się dumą, pychą albo próżnością,

Mógłbym brać poważnie widowisko kończące się
nie tyle opadnięciem kurtyny, ile gromem z jasnego
nieba.

Ale komizm tego widowiska jest tak niezrównany,
że śmierć wydaje się niestosowną karą
dla nieszczęsnych lalek, za ich gry samochwalstwa
i wiarołomne sukcesy.

Myślę o tym ze smutkiem, siebie widząc pośród
uczestników zabawy.


I wtedy, przyznaję, trudno mi wierzyć w duszę
nieśmiertelną.


wtorek, 17 lipca 2012


O aniołach                                 Czesław Miłosz 

Odjęto wam szaty białe,
Skrzydła i nawet istnienie,
Ja jednak wierzę wam,
Wysłańcy.

Tam gdzie na lewą stronę odwrócony świat,
Ciężka tkanina haftowana w gwiazdy i zwierzęta,
Spacerujecie oglądając prawdomówne ściegi.

Krótki wasz postój tutaj,
Chyba o czasie jutrzennym, jeżeli niebo jest czyste,
W melodii powtarzanej przez ptaka,
Albo w zapachu jabłek pod wieczór
Kiedy światło zaczaruje sady.

Mówią, że ktoś was wymyślił
Ale nie przekonuje mnie to.
Bo ludzie wymyślili także samych siebie.

Głos - ten jest chyba dowodem,
Bo przynależy do istot niewątpliwie jasnych,
Lekkich, skrzydlatych (dlaczegóż by nie),
Przepasanych błyskawicą.

Słyszałem ten głos nieraz we śnie
I, co dziwniejsze, rozumiałem mniej więcej
Nakaz albo wezwanie w nadziemskim języku:

zaraz dzień
jeszcze jeden
zrób co możesz.




.

środa, 11 maja 2011

JASNOŚCI PROMIENISTE           Czesław Miłosz

Jasności promieniste,
Niebiańskie rosy czyste,
Pomagajcie każdemu
Ziemi doznającemu.

Za niedosiężną zasłoną
Sens ziemskich spraw umieszczono.
Gonimy dopóki żywi,
Szczęśliwi i nieszczęśliwi.

To wiemy, że bieg się skończy
I rozłączone się złączy
W jedno, tak jak być miało:
Dusza i biedne ciało.







czwartek, 5 maja 2011

Nie mój                        Czesław Miłosz



Całe życie udawać, że mój ten ich świat,
I wiedzieć, że hańbiące takie udawanie.
Ale co mogę zrobić? Gdybym wrzasnął
I zaczął prorokować, nikt by nie usłyszał.
Nie na to ich ekrany, mikrofony.
Tacy jak ja błądzą ulicami
I mówią do siebie. Śpią na ławkach w parku,
W pasażach na asfalcie. Bo więzień za mało,
Żeby pozamykać wszystkich ubogich.
Uśmiecham się i milczę. Mnie już nie dopadną.
Do stołu z wybranymi zasiadać - to umiem.





czwartek, 28 kwietnia 2011

Krzyś               Czesław Milosz

W kwietniu 1996 roku międzynarodowa prasa doniosła o śmierci w wieku 75 lat Christophera Robina Milne, uwiecznionego w książce jego ojca A. A. Milne pt. Kubuś Puchatek jako Krzyś.




Ja, Kubuś Puchatek, nagle muszę rozmyślać o sprawach za trudnych dla mego małego rozumku. Nigdy nie zastanawiałem się nad tym, co tam jest za naszym ogrodem, w którym zamieszkaliśmy ja, Prosiaczek, Królik, Kłapouchy z naszym przyjacielem Krzysiem. To znaczy my mieszkamy tutaj dalej i nic się nie zmieniło i właśnie zjadłem z baryłeczki miodu moje małe co nieco, tylko Krzyś odszedł na chwilę.


Sowa Przemądrzała mówi, że zaraz za naszym ogrodem zaczyna się Czas, a to jest taka studnia strasznie głęboka, w którą kiedy tylko ktoś wpadnie, leci i leci w dół, aż nie wiadomo, co się z nim potem dzieje. Martwiłem się trochę o Krzysia, żeby tam nie wpadł, ale wrócił i wtedy zapytałem go o tę studnię. „Puchatku – powiedział – byłem w niej i spadałem, i zmieniałem się spadając, nogi zrobiły mi się długie, byłem duży, nosiłem spodnie do ziemi i broda mi urosła, potem posiwiałem, zgarbiłem się, chodziłem o lasce i wreszcie umarłem. Pewnie to wszystko mi się tylko śniło, bo było jakieś nieprawdziwe. Zawsze dla mnie prawdziwy byłeś tylko ty, Puchatku, i nasze wspólne zabawy. Teraz już nigdzie nie odejdę, nawet gdyby zawołali mnie na podwieczorek.
”

poniedziałek, 18 kwietnia 2011

Poeta                   Czesław Miłosz











On powie tym, co wiernych liczą,
Że powołaniu służył swemu.
Zaśmieją się i nie dosłyszą.
Bawiąc się zapytają:" Czemu?"


Późno zrozumie, osaczony,
Kiedy go zwarty szyk otoczy,
Że nie ma w taki dzień obrony,
Bo nikt mu nie śmie spojrzeć w oczy.


I język jego z dwu-płomienia,
Co śmierć zadaje niewidzialną,
Do ostatniego będzie tchnienia
Kąsać satyrą pożegnalną.


Spojrzy w twarz swoich wielkich braci:
W ich słowach była prawda szczera,
Powinien wiedzieć, jak się płaci,
Kto z młodu zawód ten obiera.


Usłysz, gdy go chirurg weźmie:
"My krzywdy twojej tu nie chcemy,
Pierś otworzymy bezboleśnie,
Węgiel gorący z niej wyjmiemy.


Żyć będziesz od cierpienia wolny.
Poczytność damy ci i sławę.
Niech wiersz twój, zamiast toczyć wojny,
Kształcącą ludziom da zabawę".


Stanie się tak i popiół szary
Zakryje strony jego pisma.
Choć będą śniły się koszmary
Nikt do nich głośno się nie przyzna.


A ty nie raduj się, człowieku,
Że zgon poety grają bębny.
Z płaczem go wspomną wnuki wieku.
Bardziej niż sądzisz, był potrzebny.

niedziela, 27 marca 2011






Naród                                             Czesław 
Miłosz 




Najczystszy z narodów ziemi gdy osądza je światło błyskawic,
Bezmyślny a przebiegły w trudzie zwykłego dnia.

Bez litości dla wdów i sierot, bez litości dla starców,
Kradnący sprzed ręki dziecka skórkę od chleba.

Życie składa w ofierze aby ściągnąć gniew niebios na wrogów,
Płaczem sierot i kobiet wroga porażą.





Władzę oddaje ludziom o oczach handlarzy złotem,
Pozwala wznosić się ludziom o sumieniach zarządców bordelu.








Najlepsi jego synowie pozostają nieznani,
Zjawiają się tylko raz jeden, aby umrzeć na barykadach.



Gorzkie łzy tego ludu przerywają w połowie pieśń,
A kiedy milknie pieśń, mówi się głośno dowcipy.

W kątach izb cień przystaje i pokazuje na serce,
Za oknem wyje pies do niewidzialnej planety.

Naród wielki, naród niezwalczony, naród ironiczny,
Umie rozpoznać prawdę zachowując o tym milczenie.

Koczuje na targowiskach, porozumiewa się żartem,
Handluje starymi klamkami ukradzionymi w ruinach.

Naród w pomiętych czapkach, z całym dobytkiem na plecach,
Idzie szukając siedzib na zachód i na południe.

Nie ma ni miast ni pomników, ni rzeźby ani malarstwa,
Tylko z ust do ust niesione słowo i wróżbę poetów.

Mężczyzna tego narodu, przystając nad syna kołyską,
Powtarza słowa nadziei zawsze dotychczas daremne.









                                                                                                                             Kraków, 1945

sobota, 26 marca 2011

W Parafii        Czesław Miłosz




Gdybym nie był kruchy i przełamany od środka,
Nie myślałbym o innych-jak ja, przełamanych od środka.
Nie wybrałbym się na pagórek, na cmentarz koło kościoła,
Żeby starać się pozbyć litości nad sobą.
Zośki szalone,
Przegrywając wszystkie bitwy Kazikowe,
Samoudręczające się Agaty
Leżą pod krzyżami z rokiem urodzenia i śmieri. I któż
Ich wypowie? Ich mamrotania, szlochy, nadzieje, łzy upokorzenia?
Ci sami w śluzach, w zapachu moczu,
W szpitalnym wstydzie pokręconego ciała.
I zaraz wieczność. Niestosowna. Nieprzyzwoita.
Jak dom lalek zgnieciony kołami, jak słoń depczący
Chrabąszcza, jak zatapiający wysepkę ocean.
Zaiste, dziecinna głupota nas wszystkich
Nie licuje z powagą rzeczy ostatecznych.
Nie mieli czasu, żeby cokolwiek zrozumieć
Z jednostkowego bytu,
Z principium individuationis,
Ja też nie rozumiem, ale co poradzę.
Całe życie zamknięty w łupinie orzecha,
Na próżno chciałem stać się kimś zupełnie innym.


Schodzimy tedy w ziemię, parafianie.
Z nadzieją, że trąby Sądu wywołują nas po imieniu.
Zamiast wieczności, zieleń i ruch obłoków,
Wstaje tysiąc za tysiącem Zoś, Katarzyn, Bartłomiejów,
Maryś, Agat, Bronisławów,
Żeby wreście wiedzieli,
Dlaczego to było i po co.



czwartek, 17 marca 2011

" Do Allena Ginsberga"    Czesław Miłosz



"Allen, dobry człowieku, wielki poeto morderczego stulecia
ty, który upierając się w szaleństwie doszedłeś do mądrości.

Tobie wyznaję, moje życie nie było takie, jak bym chciał.

I teraz minęło, leży jak niepotrzebna opona na skraju
drogi.

Było takie jak życie milionów, przeciwko któremu buntowałeś
się w imię poezji i wszechobecnego Boga.

Poddane obyczajom, z wiedzą, że są absurdalne, i konieczności,
która zrywa co ranka i każe jechać do pracy.

Z niespełnionymi pragnieniami, nawet z niespełnioną chęcią
krzyku i bicia głową o ścianę, z powtarzanym sobie zakazem
"Nie wolno"

Nie wolno pobłażać sobie, pozwalać na nic-nierobienie
rozmyślać o swoim bólu, nie wolno szukać pomocy w szpitalu
i u psychiatry.

Nie wolno dlatego, że obowiązek, ale także dlatego, że strach
przed siłami, którym tylko popuścić, a pokaże się nasze
błazeństwo.

I żyłem w Ameryce Molocha, krótkowłosy i ogolony, wiążąc
krawaty, pijąc bourbon przed telewizją co wieczór.

Diabelskie karły pożądań koziołkowały we mnie, byłem ich
świadomy i wzruszałem ramionami : Razem z życiem to minie.

Trwoga skradała się tuz tuż, musiałem udawać, że nigdy jej
nie ma i że z innymi łączy błogosławiona normalność.

Taka też może być szkoła wizji, bez narkotyków i odciętego
ucha Van Gogha i braterstwa najlepszych umysłów za kratkami
szpitali.

Byłem instrumentem, słuchałem, wyławiając głosy
z bełkotliwego chóru, tłumacząc na zdania jasne, z przecinkami
i kropką.

Zazdroszczę tobie odwagi absolutnego wyzwania, słów
gorejących, zaciekłej klątwy proroka.

Wstydliwe uśmiechy ironistów zachowano w muzeach i nie są
wielką sztuką, ale pamiątką niewiary.

Podczas kiedy twój wrzask bluźnierczy dalej rozlega się
w neonowej pustyni, po której błądzi ludzkie plemię skazane
na nierzeczywistość.

Walt Whitman słucha i mówi : Tak, tak właśnie trzeba, żeby
ciała mężczyzn i kobiet zaprowadzić tam, gdzie wszystko jest
spełnieniem i gdzie żyć odtąd będą w każdej przemienionej chwili.

I twoje dziennikarskie banały, twoja broda i paciorki i strój
buntownika tamtej epoki zostają wybaczone.

Albowiem nie szukamy tego co doskonałe, szukamy tego,
co zostaje z nieustannego dążenia.

Pamiętając, ile znaczy traf szczęśliwy, zbieg słów i okoliczności,
ranek z obłokami, który później wyda się nieuchronny.

Nie żądam od ciebie monumentalnego dzieła, które byłoby
jak średniowieczna katedra nad francuską równiną.

Sam miałem taka nadzieję i trudziłem się, już jednak na wpół
Wiedząc, że niezwykłe zmienia się w powszednie.

I w planetarnej mieszaninie wyznań i języków jesteśmy nie
bardziej pamiętani niż wynalazcy kołowrotka albo tranzystora.

Przyjmij ten hołd ode mnie, który byłem taki inny, ale tej samej
służbie nienazwanej.

W braku lepszych określeń podając ją jedynie za czynność
pisania wierszy."




*****

środa, 16 marca 2011


JESZCZE JEDNA SPRZECZNOŚĆ                 Czesław Miłosz





Czy spełniem, co miałem spełnić tu na ziemi?
Byłem gościem w domu pod obłokami,
Gdzie płyną rzeki i odnawiają się zboża.
Cóż z tego, że wezwany, jeżeli mało przytomny?

Następnym razem wcześnie szukałbym mądrości.
Nie udawałbym, że mogę być taki jak inni.
Z tego bierze się tylko zło i cierpienie

Wyrzekając się, wybrałbym los w posłuszeństwie.
Poskromiłbym wilcze oczy i żarłoczne gardło.
Mieszkaniec jakiegoś napowietrznego klasztoru,
Z widokiem na jarzące się w dole miasta,
Albo na strumień, kładkę i stare cedry,
Powierzyłbym się tylko jednemu zadaniu.

Które jednak wtedy nie mogłoby być wykonane.







poniedziałek, 14 marca 2011

Realizm       Czesław Miłosz










Nie jest całkiem źle z nami, jeżeli możemy
Podziwiać holenderskie malarstwo. To znaczy,
Że co nam opowiadają od stu, dwustu laty,
Zbywamy wzruszeniem ramion, Choć straciliśmy
Dużo z dawnej pewności. Godzimy się
Że te drzewa za oknem, które chyba są,
Udają tylko drzewiastość i zieleń,
I, że język przegrywa z wiązkami molekuł.
A jednak to tutaj, chleb, talerz cynowy,
Półobrana cytryna, orzechy i chleb
Trwają i to tak mocno, ze trudno nie wierzyć.
I zawstydzona jest abstrakcyjna sztuka,
Choć żadnej innej nie jesteśmy godni.
Więc wchodzę między tamte krajobrazy,
Pod niebo chmurne skąd wystrzela promień
I w środku ciemnych równin jarzy się plama blasku,
Albo na brzeg zatoki, gdzie chaty, czółna,
I na żółtawym lodzie maleńkie postacie.
To wiecznie jest, dlatego że raz było,
Przez jedną chwilę istniejąc i niknąc.
Splendor ( i najzupełniej niepojęty)
Okrywa popękane mury, śmietnisko,
Podłogę karczmy, kaftany biedaków,
Miotłę i ryby skrwawione na desce.
Raduj się, dziękuj! Więc dobyłem głosu
I złączyłem się z nim w chóralnym śpiewaniu
Pośrodku kryz, koletow, spódnic atłasowych,
Już jeden z nich, przeminionych dawno.
I wzbijają się pieśni, jak dym z kadzielnicy.






****

niedziela, 6 marca 2011

Nie jestem                Czesław Miłosz


Nie jestem i nie chcę być posiadaczem prawdy.


W sam raz dla mnie wędrowanie po obrzeżach herezji.


Żeby uniknąć tego,  co nazywają spokojem wiary,
a co jest po prostu samozadowoleniem.


Moi polscy współwyznawcy lubili słowa kościelnego obrzędu,
ale nie lubili teologów.


Może byłem jak mnich w śródleśnym klasztorze,
który patrząc przez okno na rozlewiska rzeki,
pisał swój traktat po łacinie, w języku niezrozumiałym
dla wieśniaków w baranich kożuchach.


I co za komizm między krzywymi płotami miasteczka,
gdzie kury grzebią na środku pylnej ulicy,
deliberować o estetyce Baudelaire`a!


Przyzwyczajony zwracać się o pomoc do Matki Boskiej,
z trudem tylko ją rozpoznawałem
w Bóstwie wyniesionym na złoto ołtarzy.


wtorek, 22 lutego 2011

PIOSENKA O PORCELANIE        Czesław Miłosz

Różowe moje spodeczki,
Kwieciste filiżanki,
Leżące na brzegu rzeczki
Tam kędy przeszły tanki.
Wietrzyk nad wami polata,
Puchy z pierzyny roni,
Na czarny ślad opada
Złamanej cień jabłoni.
Ziemia, gdzie spojrzysz, zasłana
Bryzgami kruchej piany.
Niczego mi proszę pana
Tak nie żal jak porcelany.

Zaledwie wstanie jutrzenka
Ponad widnokrąg płaski
Słychać gdzie ziemia stęka
Maleńkich spodeczków trzaski.
Sny majstrów drogocenne,
Pióra zamarzłych łabędzi
Idą w ruczaje podziemne
I żadnej o nich pamięci.
Więc ledwo zerwę się z rana
Mijam to zadumany.
Niczego mi proszę pana
Tak nie żal jak porcelany.

Równina do brzegu słońca
Miazgą skorupek pokryta.
Ich warstwa rześko chrupiąca
Pod mymi butami zgrzyta.
O świecidełka wy płone
Co radowałyście barwą
Teraz ach zaplamione
Brzydką zakrzepłą farbą.
Leżą na świeżych kurhanach
Uszka i denka i dzbany.
Niczego mi proszę pana
Tak nie żal jak porcelany.

Washington D.C., 1947







******

niedziela, 20 lutego 2011

Dobranoc                        Czesław Miłosz




„Żadnych obowiązków. Nie muszę być głęboki.
Nie muszę być artystycznie wspaniały.
Ani podniosły. Ani budujący.
Wędruje sobie. Powiadam: „Goniłeś,
No to i dobrze. Czas był po temu”.
A teraz muzyka światów odmienia mnie.
W inny znak wchodzi moja planeta.
Drzewa i trawniki wyraźnieją.
Jedna po drugiej filozofie gasną.
Lekko, ale i nic nie wiadomo.
Sosy, roczniki win, mięsiwa.
Trochę gadamy o powiatowych festach,
O podróżach krytą bryką z obłokiem pyłu za nami,
O tym, jakie bywały rzeki, jak ajer pachnie.
Lepsze to niż badać swoje sny.
Tymczasem urastało. Już jest, niewidzialne.
Ani zgadnąć jak, tutaj, wszędzie.
inni tym się zajmą. A ja na wagary.
Buena notte. Ciao. Farewell.”








****

piątek, 18 lutego 2011




Który skrzywdziłeś                     Miłosz Czesław




Który skrzywdziłeś człowieka prostego,
Śmiechem nad krzywdą jego wybuchając,
Gromadę błaznów koło siebie mając
Na pomieszanie dobrego i złego,

Choćby przed tobą wszyscy się skłonili
Cnotę i mądrość tobie przypisując,
Złote medale na twoją cześć kując,
Radzi że jeszcze dzień jeden przeżyli,

Nie bądź bezpieczny. Poeta pamięta.
Możesz go zabić - narodzi się nowy.
Spisane będą czyny i rozmowy.

Lepszy dla ciebie byłby świt zimowy
I sznur i gałąź pod ciężarem zgięta.









*****

wtorek, 15 lutego 2011


MOJOŚĆ                  Czesław Miłosz





"Moi rodzice, mój mąż, moja siostra".
Jem śniadanie w kafeterii, zasłuchany.
Głosy kobiet szeleszczą i spełniają się
W rytuale, który jest nam potrzebny.
Kątem oka przyglądam się ruchliwym ustom
I słodko mi, że jestem tu na ziemi,
Jeszcze chwilę, razem, tu na ziemi,
Żeby celebrować naszą małą mojość.


*****

poniedziałek, 7 lutego 2011




Rachunek  Czesław Milosz







Dzieje mojej głupoty wypełniłyby wiele tomów.
Jedne byłyby poświęcone działaniu wbrew świadomości,
Jak lot ćmy, która gdyby wiedziała
I tak musiałaby dążyć do płomienia świecy.
Inne zajmowałyby się sposobami tłumienia niepokoju,
Szeptu który ostrzega ale nie zostaje wysłuchany.
Osobno traktowałbym o zadowoleniu i dumie,
Kiedy byłem tym, któremu się zdaje,
Toteż stąpa zwycięsko i nie podejrzewa.
A wszystko miałoby za przedmiot pragnienie.
Gdybyż to moje własne. Gdzież tam. Niestety.
Goniło mnie bo chciałem być taki jak inni.
Strach czułem przed tym co we mnie dzikie i nieskromne.

Dziejów mojej głupoty już nie napiszę
Bo i późno i prawdy trudno dochodzić.

Czesław Miłosz